Ze stresem nam do twarzy?

Za chwilę masz zabrać głos i w nieoczekiwany dotąd sposób nagle zaczynasz czuć na szyi ucisk. Nie żeby bolesny, nie. Po prostu jest coraz silniejszy, choć najgorsze jeszcze przed tobą – myślisz. Nie chodzi jednak tylko o szyję. Dłonie w niewyjaśniony sposób zrobiły się jakby bardziej mokre, a nogi jakieś takie miękkie. To jednak naprawdę nic w porównaniu z tym, co się dzieje w głowie. Pełna jeszcze do niedawna zabawnych anegdot, uzbrojona na wszelkie okoliczności w hełm z wrodzonej czujności, uwagi oraz inteligencji nagle wydaje się nieco pustawa, by nie powiedzieć, że echo mogłoby się nieść od ucha do ucha niemal bez żadnych przeszkód po drodze. Uff!

To na szczęście tylko lekko przesadzone objawy stresu związanego z wejściem na scenę, jakakolwiek ona jest. Mam dwie wiadomości, jedną złą, a drugą dobrą i zacznę od tej pierwszej. Stres raczej nigdy nie minie. Mówią o nim aktorzy, nazywając go tremą i starają się jej „wdzięki” pozyskać dla siebie. I w ten sposób przechodzimy do wiadomości dobrej, bo stres można oswoić, tak by nam służył. Prawdę jednak mówiąc, konia z rzędem temu, kto jest pewny, że zawsze i wszędzie poradzi sobie z nim znakomicie. Zbyt wiele zmiennych wchodzi w grę, by zaklinać się, że pewność siebie będzie nam towarzyszyła zawsze. Jak jednak można sobie radzić, by stres zniwelować?

Po pierwsze warto się zastanowić nad jego naturą? Jaki jest, kiedy się z nim stykam? Na jaki jego rodzaj mam wpływ? Weźmy całkowicie hipotetyczny przykład Joanny, która bardzo stresuje się przed swoim wystąpieniem w organizacji, w której pracuje.

Jaki przeżywa stres? Fachowo należałoby go nazwać dystresem, czyli takim, który demobilizuje. Warto, by Joanna wiedziała, że w tym wypadku jest to stres, który minie, czyli taki, który opanować najłatwiej. Zupełnie inny charakter ma stres długotrwały wynikający np. z trudnych warunków, w których ktoś mieszka. Już samo uświadomienie sobie proporcji różnych rodzajów stresu we własnej życiowej skali działa orzeźwiająco.

Napięcie przeżywane przez Joannę jest wywołane przez bodziec w postaci wystąpienia. Można go łagodzić dwojako: poprzez trening wystąpień i poprzez radzenie sobie z emocjami. W sumie obie drogi często stanowią jedną. Dobrze gdy Joanna odpowie sobie najpierw na pytanie, co dokładnie powoduje stres? Czy jest to obawa przed kompromitacją, przed audytorium jako takim? Czy to lęk przed okazaniem  niekompetencji? Gdy zidentyfikuje źródła stresu, niech odpowie sobie na pytanie, na co ma wpływ. Na dobór audytorium raczej nie, lecz na odbiór siebie przez owo audytorium już tak. Czy ma wpływ na własne przygotowanie? Jak najbardziej. Czy ma wpływ na to, co przekaże? Zdecydowanie. Czy ma wpływ na swój wygląd i panowanie nad ciałem? Bez wątpienia tak. Może to wymagać przygotowań, lecz udoskonalenie aspektów wystąpienia, gdy nie jest improwizowane, zawsze leży w zasięgu możliwości.

Tak naprawdę na bardzo ważne aspekty wystąpienia mamy wpływ, podobnie jak Joanna. Można wręcz powiedzieć, że o naszym komforcie i związanym z nim poziomie stresu decyduje po prostu PRZYGOTOWANIE wystąpienia.

Niezależnie od tego, jak jesteśmy przygotowani, a zakładam, że zawsze dobrze – co najmniej tak jak Joanna – stres i tak będzie nam towarzyszył. By jednak służył na ostatniej prostej, warto np. wziąć kilka głębszych oddechów przeponowych. Np. pięć 3-sekundowch wdechów powietrza przez nos z zatrzymaniem na jedną sekundę – i – wypuszczaniem go przez sześć sekund. Lepiej zrobić to na siedząco, bo następuje wtedy proces hiperwentylacji mogący spowodować omdlenie.

To działa. Joanna zna jeszcze wiele innych sposobów ad hoc i być może podzieli się nimi już niebawem;-)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *